fashion-is-danger blog

Twój nowy blog

Jest w porządku.

Z jednej strony jest mi fatalnie, że muszę jeść cokolwiek, ale czuję się lepsza z każdym drobnym ograniczeniem spożytego jedzenia.
A przynajmniej nie mdleję.
Wolę być pod większą presją.
Wtedy muszę walczyć i naprawdę się starać.
W samotności nie mam po co jeść.
Tu muszę bardzo uważać, żeby się od tej czynności wymigać.
Nie liczę kalorii spożytych w postci alkoholu.
Może powinnam, ale mi się nie chce.
Od środy lub najpóźniej od piątku jadę do Dave’a więc nie będę musiała nic jeść.
Znowu.
Lubię te wakacje…

Zemdlałam u brudasów. Nie pierwszy raz, ale pierwszy raz przy nich.

Zawieźli mnie do lekarza.
Musiałam wracać do domu.
Najzabawniejszy był ostatni tydzień, kiedy wiedzieli już o mojej chorobie, ale nie zmuszali mnie do jedzenia.
Ale kanapki na drogę?
To było zabawne.
Jestem spowrotem w domu.
Rodzice są zmartwieni, że to przez nich, że nie powinni mnie puszczać samej na tak długo, nie winią mnie.
Bardzo się cieszę.
Rano poszłam biegać, znowu prawie zemdlałam, musiałam skrócić dystans do 4.5km zamiast 6…
Nie zmuszają mnie do zbyt dużej ilości jedzenia.
Udaję, że niezwykle mi smakuje i że to była wina słabego jedzenia i stresu u Brudasów i ŻE WCALE NIE JESTEM CHORA.
Od jutra jeszcze rower.
Schudnę zanim moi rodzice cokolwiek zauważą.
Teraz będę trochę bardziej ostrożna niż u Brudasów…

Wczoraj w nocy byłam wkurwiona, dobrze, że notka którą pisałam w tajemniczy sposób wyparowała.

Ale istniała, więc jej numer niech pozostanie.
Zostaję tutaj, bo pokłuciłam się z Mike i stwierdziłam, że wcale nie tęsknię za domem.
Poradzę sobie i tu, a wiem, że to wszystko, czego było mi brak, nie jest wszystkim.
Przestałam z nią rozmawiać.
Teraz będzie mi jeszcze trudniej, bo nie będę miała komu się poskarżyć na marny los.
Ale tu zwyciężam.
Zwyciężam na każdym kroku i w każdej minucie.
Czuję pustkę w żołądku i wiem, że jestem coraz bliżej celu.
Idę na noc do Ruskiej, więc znów ominie mnie kolacja z brudasami.
Później dwa dni słabych wymówiek i wywalania jedzenia, potem przyjeżdża Dave, a potem na 3 dni oni wyjeżdżają z domu i będę mogła robić tu co mi się podoba.
A potem…
Tak, mam plany do końca pobytu tutaj.
Nic mnie nie zaskoczy ani nie wyprowadzi z równowagi.
Zachowam spokój.
Zachowam resztki rozsądku.
Będę jeść śniadania.
Wrócę do Polski nie tylko chudsza ale też pewna siebie i skazana na sukces.
I przygotowana, żeby nie dać się Mike i bronić swoich racji.
Jestem w końcu dorosła a to życie jest moje.

Podjęłam decyzję.

I tym razem się nie cofnę.
Wygram nie tylko ze sobą.
Wygram nie tylko chudnąc.
Zdobędę życie, żeby mieć po co chudnąć dalej.
Będę miała cel.
Będę musiała ciężej walczyć.
Ale będę wiedziała, że to wszystko ma sens.
Musi się udać.

Nic dziś nie jem.

Wiem, że powinnam jeść śniadania.
Wiem, że powinnam pilnować, żeby mój metabolizm nie zwalniał.
Ale nie mogę.
Pustka w żołądku.
Pustka w sercu.
Głód uspokaja.
Dodaje siły.
Ale nie rozwiązuje problemów.
Po co być chudą, skoro nie ma się życia?

Jakoś znowu poziom szczęścia we krwi opadł.

To przez ciasteczka, które byłam zmuszona jeść w autobusie.
Od jutra 4 dni tylko woda, więc dziś jednak pozwoliłam sobie na muffina.
Muszę mieć z czego się odchudzać.
Śmieję się, chociaż wiem, że to głupota.
Tak naprawdę, to znowu dochodzę do smutnego, lecz niezaprzeczalnego faktu.
I tak, nie ważne jak bardzo bym się starała i ile schudnę, nie będę zadowolona.
Oczywiście cieszy mnie to, że chudnę i wyglądam coraz lepiej.
Ale to się nigdy nie kończy.
I nadal Jemaine nie będzie mnie kochać.
Nikt nie będzie mnie zauważać.
I nic się nie zmieni.
Bo nie potrafię powiedzieć sobie, ze już wyglądam dobrze.
Że MOGŁABYM jeszcze chudnąć.
Ale, że wcale nie MUSZĘ.
Nie potrafię.
Chciałabym wrócić do domu, bo wiedziałabym, że mam się po co starać.
Tu i tak wiem, że nikogo to nie obchodzi jak wyglądam.
Znowu płaczę.
I nie jem więcej, nie jem za wiele, jestem stabilna i chociaż kręciło mi się w głowie dziś rano, mam jeszcze nad sobą kontrolę.
Ale znowu biegnę zbyt szybko, chcę zbyt wiele, a celu nie widać…

Zjadłam na śniadanie płatki z truskawkami i mlekiem 0.3%

To kolejny powód, dla którego warto tu być, bo w polsce jest mleko 0.5%
Wiem, że różnica jest znikoma, ale dla mnie istotna.
Od rana czuję się lekko i pewnie.
Ubrałam kupione w zeszłym tygodniu spodnie. 
Kupowałam je nie mogąc się zapiąć, jako motywację.
Proste, czarne rurki, z ślicznym różowym napisem w środku: ‚skinny’.
Wiem, że to model spodni, ale czuję się, jakby były podpisane moim imieniem, moim nowym imieniem.
Jakbym już wygrała.
Ale wiem, że jeszcze długa droga.
W Starbucks nie zjem nawet skinny muffina.
Muszę być silna.
Od jutra mówię brudasom, że jestem na 4dniowym detoksie, żeby dobrze wyglądać jak Dave przyjedzie w czwartek.
Bardzo dobry plan.
Mam już rozrysowane wymówki na wszystkie dni aż do końca pobytu tutaj, także mogę być z siebie dumna.
Zanim pojadę na zakupy muszę jeszcze pobiegać.
Wszystko będzie idealnie.

Waga mówi, że od tygodnia schudłam 5 kg.

Trochę za szybko.
Im szybciej chudnę tym szybciej przestaję.
Ale nawet jeśli waga się zatrzyma, wiem, że nie mogę się poddać.
Zawsze zapał przechodził mi po kilku dniach czekania.
Nie tym razem.
Wciąż 8 kg dzieli mnie od wymarzonych 50 kg.
Magiczny licznik, wyznacznik mojego życia, mówi, że osiągnę je w styczniu.
Ale on przepowiada tempo chudnięcia pod warunkiem, że jem 1200 kcal.
Nie da rady ustawić mniej.
Uważa, że wtedy bym umarła.
Ale ludzie umierają też z przejedzenia.
Nie potrzebuję tych kalorii.
Nadal udaję, że mam zatrucie pokarmowe.
Brudasy zaczynają się niepokoić, czy nie potrzeba mi lekarza.
Nie, nie, to mi się często zdarza i wkrótce przejdzie.
Ha-ha-ha.

jestem tchórzem.

nie powiedziałam nic, co mogłoby mieć poważne konsekwencje.
wykręciłam się dalszym bólem brzucha.
nic ciekawego.
zjadłam 1/3 marchewki i 1/3 pietruszki.
bardzo pożywne.
ale czuję się dużo lepiej.
mimo, że będę musiała dalej wymyślać wymówki i nie pojadę zaraz do domu.
bo może to dobrze, że nie powiedziałam nic głupiego.
teraz oni się nie martwią a ja mogę dalej się w spokoju odchudzać.
rodzice jednak zawsze bardziej zwracali uwagę.
wszystko się ułoży.
tak jak lista moich wymówek na kolejne dni.
w sumie, to dziś jadłam moje 2 marne warzywka przy kolacji normalnej i nikt nie zwracał uwagi na to, że resztę jedzenia rozgoniłam po talerzu a następnie wyrzuciłam prosto do kosza.
więc po co się starać z wymówkami?
jutro będzie jeszcze lepiej.
obiecuję.

Ciągle kręci mi się w głowie.

Paląc fajkę prawie zemdlałam.
Cały czas chce mi się wymiotować.
To wszystko przez stres, tak bardzo boję się powiedzieć Brudasce…
I niby nie mam powodów, żeby się martwić…
Najgorsze jest to, że kiedyś mogłabym zjeść ciastko i zupełnie przestać się stresować.
Teraz jedzenie przeraża mnie w równym stopniu jak to, co się ze mną dzieje.
I wiem, że jestem blisko.
I wiem, że w tym momencie nie mogę przestać.
Nie potrafię.
Nie mogę zmusić siebie do zjedzenia więcej.
Chociaż to mogłoby trochę pomóc.
I próbuję sobie tłumaczyć, że to nic i że wolno mi jeść.
Ale nie potrafię.
Może wygrywam, ale znowu jestem zbyt blisko szpitala…

  • RSS